Maciej Aleksy Dawidowski

Maciej Aleksy Dawidowski ps. „Alek”, „Glizda”, „Kopernicki”, „Koziorożec” (1920–1943) – polski instruktor harcerski, podharcmistrz, członek Szarych Szeregów i Grup Szturmowych, jeden z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego Kamienie na szaniec.

Maciej Aleksy Dawidowski ps. „Alek”

O Macieju Aleksym DawidowskimEdytuj

  • 11 lutego, tj. na tydzień przed wyznaczonym przez siebie samego terminem, o godzinie szóstej rano, gdy na ulicach miasta był najmniejszy ruch, wybrał się Alek przed pomnik, by dotknąć na próbę śruby. Pomnik stoi w fatalnym miejscu, tuż na wprost Komendy Głównej granatowej policji. Poza tym - jest u styku ruchliwych ulic warszawskich, gdzie zawsze dużo przechodniów i sporo Niemców. Ale - myśli Alek - jeśli tak na wariata wejdę na cokół, to potraktują mnie jak pijaka. Przecież nikomu na myśl nie przyjdzie, że będę likwidował płytę! Oto już pomnik. Przechodniów na ulicy mało. Wartownik policyjny wszedł widocznie gdzieś się ogrzać, bo mróz jest solidny. Świetna sposobność! Bez chwili wahania wchodzi Alek na stopień cokołu i dotyka śruby. Odkręca się wyjątkowo łatwo. Jeszcze parę ruchów - wyszła. Cóż u Boga Ojca! Krew uderza do głowy Alka. Odruchowo sięga do drugiej śruby - wielka mutra poddaje się bez oporu. Alek ogląda się niespokojnie dookoła. Jest ciemno. Przechodnie przesuwają się w dali, jak we mgle. Robić! Robić! Trzecia śruba - wyszarpnięta! Czwarta - też! Z grzmotem i mocnym metalicznym dźwiękiem spada na marmur stopni wielka, gruba, mosiężna płyta i po chwili ześlizguje się w śnieg.
  • Alek Dawidowski, członek szaroszeregowego hufca „MG”, a w jego ramach członek organizacji „Wawer”, głęboko przeżywał wszystkie okupacyjne wydarzenia. Gdzieś na dnie serca tkwiła bolesna zadra – śmierć ojca z rąk niemieckich. Każda tragedia narodowa, każda łapanka, każda egzekucja rozrywała starą ranę. Młody, silny, wysoki, wysportowany chłopiec, pędzący w krótkich spodenkach na rowerze, miał jakiś smutek w oczach. Opalone dłonie nieraz zaciskały się mocno na rowerowej kierownicy, gdy przed oczyma mignął obraz niemieckiego bezprawia. Lecz nie zaciskały się bezsilnie. Alek walczył. Walczył i mimo że dalecy jesteśmy od używania na kartkach słów przesadnych, słów pełnych patosu, trzeba jasno powiedzieć, że walczył po rycersku. Walczył, bo Niemcy gnębili innych, walczył, bo czuł się dość silnym, by bronić innych, lecz jednocześnie walczył wewnętrznie. Męczyło go pytanie, czy wolno jest zabijać znienacka, niespodziewanie. Kiedyś z tych i innych wątpliwości zwierzył się komendantowi Chorągwi Warszawskiej i wtedy rozmówcy, patrzącemu się w smutne i dziecięco zakłopotane oczy Alka, wydało się, że słyszy głos sienkiewiczowskiego Zawiszy Czarnego: „Zwróć, Niemcze, głowę i poddaj się albo potykaj ze mną!”.
  • Alek gasł. Tracił przytomność. Rozumiał już, że gra jego życia dobiega końca. Rozumiał i nie przestawał się uśmiechać. Jakaż to wielka była gra.
    • Opis: o śmierci Macieja Aleksego Dawidowskiego.
    • Źródło: Aleksander Kamiński, Kamienie na szaniec, rozdział V, Pod Arsenałem
    • Zobacz też: gra
  • Alek zbierał kapelusze, to było jego hobby. Miał ich całą kolekcję. Kiedyś spacerował po Warszawie w takim kowbojskim. Opowiadał mi potem, że ludzie oglądali się za nim, a on im się kłaniał. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi później, że widziała w Warszawie jakiegoś wariata, który paradował po ulicy w kowbojskim kapeluszu i kłaniał się na prawo i lewo! Lubił takie zabawne sytuacje. Równocześnie miał poczucie, że jest przeceniany, że nie dorasta do opinii, jaką mają o nim inni. – Czuję się, jak czek bez pokrycia – mówił. – Tak wiele się po mnie wszyscy spodziewają. Miał, jak jego koledzy, poczucie odpowiedzialności i to ich trzymało w ryzach. Ale był wesoły i lubił się bawić. Na któreś moje imieniny wszedł na drabinę i chodził po ogrodzie stojąc na tej drabinie, ku wielkiej uciesze koleżanek. Uwielbiał też jeździć na rowerze wokół fontanny, po pochyłej obudowie.
  • Był do końca pogodny. Cieszył się, że dobrze spełnił swój obowiązek. Cieszył się, że „Rudy” jest wolny i szczęśliwy (…). Był coraz słabszy. Ten „Alek” najlepiej zbudowany spośród przyjaciół, wysportowany, pełen humoru i optymizmu – teraz był cichy i spokojny. Jego spokój był dla najbliższych jakimś absurdem.
  • Był dryblasem. Wysoki, szczupły o niebieskich oczach i płowej czuprynie, ciągle się uśmiechał, mówił szybko, wymachiwał rękoma i przy byle okazji wpadał w zachwyt.
  • Dnia 30 marca odeszli od nas na Wieczną Wartę druhowie Janek i Alek. (…) Obowiązkiem względem nich jest unieśmiertelnić ich obu, idąc samemu ich śladami i ich postacie stawiając jako wzory ludzi, jakich chcemy Polsce wychować.
  • I oto Alek, nie zwracając już żadnej uwagi na otoczenie, na przejeżdżające od czasu do czasu wozy i przechodniów, ciągnąć zaczyna płytę w kierunku ulicy Oboźnej. Płyta jest ciężka jak sto nieszczęść. Daje się jednak ciągnąć po śniegu. Po kilkudziesięciu minutach pracy zostaje przez Alka zakopana w zaspie przy chodniku. Spocony, lecz szczęśliwy z wykonania niebezpiecznego pomysłu wraca do domu.
  • Na przodzie tej ostatniej grupy biegnie „Alek”. Widzieliśmy go, jak zlikwidował próbującego interweniować oficera SS. Teraz wraz z innymi zwiniętymi „ubezpieczeniami” biegnie w ostatniej grupie. Nagle padają te przeklęte strzały. Strzelają niemieccy urzędnicy Arbeitsamtu (…). Jeden pocisk trafia „Alka” w brzuch. „Alek” zwija się i pada na jezdnię.
  • Pierwsza ofiara już padła! Czy będziemy szlochać, rozpaczać, czy łzami oblewać jego zgon, czy Smutnie myśleć, że jutro to ja? Nieprawda! (…) My młodzi kładziemy swe życie w ofierze! Dziś Ty, a jutro ja! (…) Niech na pogrzebie żadna łza nie upadnie, spokój, powaga i radość! Radość? O tak, radość spokojna ludzi dorosłych, którzy swoje zadanie spełniają! On swoje wypełnił chwalebnie, a gdy Ty będziesz zdawał swój egzamin, uważaj byś nie wypadł gorzej, bo będzie wstyd! (…) Wiem, że wielu z Was zadaje sobie pytanie czy warto? Lecz myślę, że po głębszym namyśle wszyscy powiecie: warto! (…) Bo pomyśl, czyż nie warto złożyć swe życie w ofierze za to, by prawda zwyciężyła nad gwałtem, niesprawiedliwością i mordem. Warto tracić młode istnienia, by następne pokolenie mogło mieć tak jasną młodość i przyszłość, jak Ty miałeś swoje dzieciństwo! (…) by z dumą mogło to pokolenie patrzeć na swych rodziców i żeby miało tych rodziców. Żeby Twoje dzieci nie musiały stać pod więzieniem, by nie musiały trwać w ciągłym niepokoju i czuć się jak zagonione zwierzę. Czy warto? Myślę, że warto to mało, to nasza powinność i obowiązek. (…) zaciśnij zęby, choćbyś sam jeden miał zostać na świecie, stój mocno i twardo powtarzaj: Polak jestem!
  • Przerażony hałasem Alek w jednej sekundzie zeskakuje z cokołu i jak ścigany zając pędem mknie w kierunku ulicy Kopernika. Po paruset metrach staje zdyszany i nasłuchuje. Serce wali mu młotem, policzki płoną. Nasłuchuje uważnie: nic, żadnych głosów, żadnych gwizdków, żadnego ruchu. Cóż to znaczy, do licha ciężkiego? Zawraca i ostrożnie, w każdej chwili gotów do ucieczki, idzie pod pomnik i obchodzi go dookoła. Zdumiewająca historia! Nikt niczego nie zauważył, nikt niczego nie słyszał. Policjant po dawnemu grzeje się gdzieś w gmachu. No, taką sposobność trzeba wyzyskać do ostatka! I oto Alek, nie zwracając już żadnej uwagi na otoczenie, na przejeżdżające od czasu do czasu wozy i przechodniów, ciągnąć zaczyna płytę w kierunku ul. Oboźnej. Płyta jest ciężka jak sto nieszczęść.
  • W początkach lutego 1942 roku znalazł i wyczytał Alek w jakiejś encyklopedii, że Mikołaj Kopernik urodził się 19 lutego: chwila namysłu i decyzja gotowa. Trzeba odpowiednio uczcić dzień urodzin wielkiego polskiego astronoma! Jak? Usunąć niemiecką płytę, zakrywającą polski napis. A ponieważ każdą robotę musi poprzedzać dokładny plan, zaczął Alek krążyć wokół Kopernika, przyglądając się z daleka czterem potężnym głowicom śrub, przytwierdzającym płytę z niemieckim napisem do cokołu.
  • Wspominając zaś naszych kolegów, Rudego, Zośkę czy Glizdę, musimy pamiętać, że praca nasza nie może się ograniczać do dnia dzisiejszego, ale obowiązkiem naszym jest przede wszystkim nauka i praca nad swoim charakterem, abyśmy w Wolnej Polsce byli nie tylko żołnierzami, lecz żołnierzami-obywatelami w najpełniejszym tego słowa znaczeniu.
  • (z notatek patrzy) Na nas twarz kogoś zupełnie odmiennego. (...) Miotanego rozterką, udręczonego dylematem – czy człowiek ma prawo odebrać człowiekowi życie. Ojca zabili mu Niemcy, matka w obozie. A w notatkach Alka powtarzają się słowa »sumienie«, »spokój sumienia«, »utwardzanie sumienia«.

Zobacz też: