Wojciech Muszyński

polski historyk

Wojciech Jerzy Muszyński (ur. 1972) – polski historyk, doktor nauk humanistycznych, badacz dziejów najnowszych, pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej.

  • Coś takiego jak tradycja to nie jest tylko słowo. Jest to coś niezwykle ważnego w społeczeństwie, a szczególną rolę zajmuje w armii. To wpływa na jej morale. Żołnierza nie tylko się szkoli, ale też wychowuje. Jeżeli patronami jednostek są osoby wątpliwe moralnie, których życiorys był upiększany, to jest to obciążenie. Obecna sytuacja wprowadza wielkie zamieszanie. Z jednej strony patronem jest gen. bryg. Stanisław Sosabowski, a z drugiej gen. Edwin Rozłubirski, były bojówkarz Armii Ludowej. Takiej sytuacji nie można akceptować. To jest wręcz skandal i mam nadzieję, że jedynie niedopatrzenie kolejnych ekip kierujących resortem obrony. Być może uznano, że uzbrojenie i reforma armii jest dla nich ważniejsza. Ale zwracajmy też uwagę na to, kto patronuje żołnierzom.
  • Dowbor-Muśnicki, oficer armii carskiej, jeszcze w 1917 roku został dowódcą I Korpusu Polskiego, który – na fali zmian w Rosji – włączył się w walkę z bolszewikami, zdobywając m.in. twierdzę w Bobrujsku i tam osadził swoją formację. Najważniejsza rzecz, którą trzeba wiedzieć, to to, że Dowbor-Muśnicki i jego żołnierze wyzwolili pierwszy skrawek Polski – Bobrujsk i okolice – w 1918 roku. Była to pierwsza enklawa, skąd wypędzono zaborców.
  • Nie cierpię, kiedy politycy zabierają się za oceny historii. Nie mają do tego żadnego prawa. Nie mają kwalifikacji, by oceniać historię, ponieważ nigdy jej nie badali. Ich wiedza jest minimalna, a oceny przez nich serwowane są jedynie bieżącymi przemyśleniami, które z prawdą historyczną nie mają naprawdę nic wspólnego. Oni powinni mieć ustawowy zakaz mówienia o historii, ponieważ czynią narodowi i spuściźnie narodowej krzywdę.
  • O NSZ warto i należy dyskutować. Wartościowa jest jednak tylko poważna dyskusja, debata ludzi mających wiedzę – historyków i badaczy tematu znających archiwa. Niestety coraz częściej do głosu przepychają się publicyści, piszący pod z góry przyjętą tezę, podpierający się selektywnie dobraną literaturą i piszący półprawdy. A każda półprawda – jak pisał Horacy Safrin – jest to całe kłamstwo.
  • W latach trzydziestych przekonanie o konieczności wprowadzenia zasady numerus clausus i emigracji części Żydów z Polski nie było wyłącznie domeną narodowców. Podobny program głosili chrześcijańscy demokraci, ludowcy i zwolennicy obozu sanacyjnego, nie tylko ci z szeregów OZN, szukający możliwości współpracy z narodowymi radykałami, lecz także z animowanego przez Jerzego Giedroycia konserwatywnego i prorządowego pisma „Bunt Młodych” (później „Polityki”).
  • Antyżydowskość w II RP nie była przed wojną wyznacznikiem opcji politycznej i sama przez się nie definiowała głosiciela takich poglądów jako narodowca. Dlaczego? Bo takie poglądy mogło głosić wówczas wiele środowisk: począwszy od konserwatywno-sanacyjnego środowiska Giedroycia, które podpisywało się pod hasłami usunięcia Żydów z Polski, dalej konserwatywne „Słowo” Cata Mackiewicza, piłsudczyków, chadeków, ludowców… Takie poglądy można było usłyszeć także od socjalistów, czy z kręgów tzw. postępowej inteligencji, choć tu już rzadziej. Endecy nie byli więc odosobnieni, ale byli bardziej konsekwentni. Uznawali Żydów za element szkodliwy nie z powodu rasy czy wyznania, ale dlatego, że ci, jako odrębna grupa narodowa, separowali się od spraw polskich, unikali asymilacji, a z drugiej strony w znacznym stopniu kontrolowali gospodarkę polską, zwłaszcza handel i rzemiosło.
  • Haczyk tkwi w tym, iż niemal wszystkie partie na Ukrainie zaakceptowały fundamenty neobanderowskie, nawet jeśli co chwila nimi nie epatują. […] Wychodzi jeden, drugi polityk i oświadcza: „Ukraina chce do Europy”, a w piątej odpowiedzi na pytanie mówi: „Tak właśnie odsłaniamy pomnik Bandery, nowy pomnik Szuchewycza, pomnik UPA” i innych watażków, którzy mają na rękach krew Polaków i Żydów. To ja nie rozumiem, jak u nich ta europejskość wygląda. Wszystkie partie na Ukrainie, jakie są na prawo od komunistów, są skażone tym wirusem nacjonalizmu. Dramat tego kraju polega też na tym, że z jednej strony wymaga denazyfikacji, a z drugiej dekomunizacji.
  • Ludziom, którzy czytają Grossa, wydaje się, że to, co opisuje, jest nowe i sensacyjne. [Prawda jest inna.] Po pierwsze wyciąga tematy, które wszyscy znają i które zostały już wcześniej opisane. Potem wokół nich buduje swoją teorię, która dąży do nieuprawnionych uogólnień. Można to porównać do sytuacji w Leningradzie w czasie jego oblężenia przez wojska hitlerowskie. Wiemy, że w wyniku potwornego głodu dochodziło tam do aktów kanibalizmu. Nikomu rozsądnemu nie przyjdzie jednak nawet do głowy, żeby uznać wszystkich Rosjan za kanibali. (…) Cóż, jego badania są bardzo wyrywkowe i opierają się na z góry przyjętej tezie. Nie może więc sobie pozwolić na konfrontowanie ich z innymi pracami, bo wtedy zawaliłaby się mu cała wizja, którą chce zaprezentować. (…) Lektura książek Grossa prowadzi do wniosków, że Polacy to hieny cmentarne, bandyci i kolaboranci.

O Wojciechu MuszyńskimEdytuj

  • Jak wynika z badań Wojciecha Muszyńskiego, tylko kilka procent rozbojów na tle politycznym powodowanych było przez ruch narodowo-radykalny, natomiast za większość ponosiły odpowiedzialność bojówki związane z sanacją i lewica. Należy zatem ostrożnie podchodzić do teorii, według których przemoc miała swe źródła tylko po z jednej, narodowo-radykalnej stronie. Nie chodzi tu jednocześnie o próby usprawiedliwiania tego typu metod, lecz o ukazanie ich w szerszej perspektywie. Co niemniej istotne, wielu działaczy ruchu narodowo-radykalnego poświęciło swoje życie dla walki o niepodległość kraju.