Ludwika Włodek

Ludwika Włodek (ur. 1976) – polska socjolożka, publicystka i dziennikarka.

  • Cały ten pop-kult „wyklętych”, te bluzy ze skrzydłami husarskimi to moim zdaniem przede wszystkim rekompensata za poczucie deprywacji. Daje namiastkę poczucia, że jest się naprawdę u siebie, we własnym kraju, wśród swoich, bez obcych, zdrajców, „wrogów ojczyzny”. Chodzi o redystrybucję, tyle że raczej godności niż dochodów czy życiowych szans. (…) Przecież to w sam raz dla blokersów: sami przeciw wszystkim, chłopcy z brzydkich osiedli, z miasteczek, bez jakichś inteligenckich sentymentów, „żyją prawem wilka”, na marginesie. Może nikt ich nie kocha, ale za to wszyscy się boją lub nienawidzą. I nie ma znaczenia, że tak naprawdę dziadkowie i babcie dzisiejszej młodzieży byli dużo częściej ofiarami „żołnierzy wyklętych”. Działa bowiem ta komercyjna machina, która nakręca opowieść atrakcyjną dla współczesnych „ludzi zbędnych”, że oni też mogą mieć swoich bohaterów, trochę łobuzów, trochę rycerzy niezłomnych.
  • Faktycznie, przez długi czas wydawało się, że PiS to typowa prawica antyrosyjska, wolna od neoendeckich czy „kresowych” ciągot. Tak faktycznie zresztą było jeszcze za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w sprawach wschodnich był konsekwentnym prometeistą, tzn. zwolennikiem wzmacniania niezależności od Rosji państw i narodów z obszaru byłego ZSRR. Nie przypadkiem jednak ludzie bliscy prezydentowi Kaczyńskiemu, jak Paweł Kowal, nie odnaleźli się w PiS po jego śmierci. (…) To akurat ma związek z nowymi akcentami w polityce w stosunku do Ukrainy, z uchwałami w sprawie zbrodni wołyńskiej itp. Jeśli chodzi o Rosję, rzecz nie tyle w jakiejś „opcji rosyjskiej” w PiS w znaczeniu geopolitycznym, ale w tym, że dla części prawicy Rosja jest po prostu atrakcyjna cywilizacyjnie, w sensie wzorów kulturowych.
  • Ja osobiście nie wierzę Smarzowskiemu, gdy mówi, że nie wiedział, że będzie to odebrane jako opowieść o Ukraińcach mordujących Polaków, w stylu niczym z okładki jednego z tygodników: „Chcieli nas wszystkich zabić!”. Nawet jeśli jego intencja nie była po prostu antyukraińska, to nie będąc idiotą musiał wiedzieć, że to nie będzie dobry punkt wyjścia do przerabiania trudnych momentów wspólnej historii. Gdyby ten film miał rzeczywiście być podstawą do „pojednania opartego na prawdzie”, to o złych rzeczach, jakie spotykały Ukraińców ze strony Polaków, nie opowiadałby akurat facet, który – tak się przypadkiem składa – kilka scen później pije wódkę za zdrowie Hitlera. Ale Smarzowski to jedno, drugie to cała prawicowa opowieść wokół Wołynia i w ogóle antyukrainizm, który ma korzenie jeszcze PRL-owskie.
  • Jakiś odwrót od patriotycznej celebry, od patosu, frazeologii nacjonalistycznej rzeczywiście po 1989 roku nastąpił. Ale na pewno nie dlatego, że pozbawiona korzeni i wyzbyta narodowych uczuć żydokomuna z „Gazety Wyborczej” postanowiła indoktrynować masy ludowe wedle antypolskiej linii. Ludzie mieli po prostu dość nachalnie „patriotycznej” czy wprost nacjonalistycznej ideologii, jaką wbijał im do głów PRL. (…) Jako uczennica podstawówki jeszcze w latach 80. pamiętam, że cała ta patriotyczna otoczka budziła w nas odruch wymiotny i reakcje raczej obrazoburcze.