Otwórz menu główne

Ziemowit Szczerek

polski pisarz i publicysta
Ziemowit Szczerek

Ziemowit Szczerek (ur. 1978) – polski dziennikarz, pisarz i tłumacz.

Siódemka (2014)Edytuj

(Korporacja Ha! Art, Kraków 2014)

Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.
  • Ach, Wodzisław, Wodzisław, nic tu nie zostało do odgruzowania spod nalotu najntisów, może generalny kształt rynku, uliczek jak w Pompejach, ale każde polskie miasto to Pompeje przygniecione gównem-samostrojem jak pyłem wulkanicznym. Tak naprawdę, musiałeś przyznać, lubiłeś to wszystko, lubiłeś te wyciorane zebry na ulicach, te najntisowe plomby z kosmosu, te twingo, transity i cinquecenta poparkowane jednym kołem na ulicy, a drugim na chodniku, te zakłady fryzjerskie, (…) te niemieckie auta z napisem „Niemiec płakał jak sprzedawał” i patrząc na ten napis, zawsze się zastanawiałeś, co by Polak musiał sprzedać własnej produkcji, żeby po tym płakać (…). Lubiłeś to tandetne ogarnięcie, ten idiotyczny dobór materiałów, ten odlewany z betonu otaczający dziurę w samym centrum miasta (…).
    Lubiłeś to wszystko tak, jak się lubi rzeczy po prostu znane od dzieciństwa i kojarzące się z domem. Rzeczy dla Polski pospolite, rzeczy ojczyste, najojczystsze, najpolstsze – sympatyczny pysk małego fiata 126p, zielone drogowskazy, litery układające się w słowo POLSKA, gdzie „P” wydaje się zawsze uśmiechnięte i które to słowo, zapisane, odbiera się bardziej jako jeden hieroglif niż zbitkę liter, czarno-białą krowę na zielonym tle, przeżuwającą beznamiętnie i gapiącą się na twój samochód, gdy przejeżdżasz, krój okien w blokach, kiosk Ruchu, dom-kostkę z białego pustaka, z dachem układającym się w północny zarys Polski.
    • Źródło: s. 159.
  • Bar Smakosz wyglądał tak, jak może wyglądać bar Smakosz przy drodze krajowej.
    • Źródło: s. 67.
  • Bo Niemcy to największa trauma Polaków, twoich, Paweł, rodaków, to jest wyrzut sumienia stojący za Odrą, który, owszem, jest zdolny do największych możliwych zbrodni, ale który od twojego państwa dzieli taki cywilizacyjny dystans, jak gdyby nie był on od tysiąca lat waszym sąsiadem, tylko znajdował się na obcej planecie. Dlatego gdy tylko wy, Polacy, znajdziecie w Niemczech coś, co nie działa, coś, co jest brudne, coś, co nie jest idealne, jakiekolwiek pęknięcie, to od razu robicie fotki, wrzucacie na Fejsa i cieszycie się jak dzieci – proszę bardzo, im też coś nie wyszło, wcale nie są tacy hop do przodu. Zupełnie jakby każde takie zdjęcie miało być obaleniem mitu o teutońskiej niepokonalności. Małym Grunwaldem.
    • Źródło: s. 53.
  • Bo wam się wydaje, że jesteście z Czechami i Słowacją do serii, że wasza przestrzeń jest do czeskiej i słowackiej bardzo podobna, co jest nieprawdą, bo jeśli wasza przestrzeń jest do czegokolwiek podoba, to raczej do Rosji czy Ukrainy, ale wy myślicie, że do Czech i Słowacji, w czym utwierdzają was różne wspólne grupy, do których należycie: od Grupy Wyszehradzkiej, która i tak nie działa, do językowej grupy zachodniosłowiańskiej, stworzonej dla potrzeb akademickich badaczy, ale poprawiającej wam humor. (…) Wydaje się wam, że w Polsce jest jak tam, że w sumie może jest „u nas”, w Europie Środkowej, trochę biedniej i surowiej niż w Europie Zachodniej, ale nie aż tak znowu bardzo, że Polska wstaje z kolan i polska przestrzeń publiczna jest być może trochę odrapana, ale generalnie do przyjęcia. Nie zdajecie sobie sprawy, że żyjecie w postapokalipsie, w chaosie, w którym państwo zajmuje się wycinkami rzeczywistości, ale całą rzeczywistością zająć się nie jest w stanie. Bo je to przerasta. I fakt ten manifestuje się w waszej przestrzeni publicznej, tyle że to wypieracie.
    A na wschodzie, na wschodzie znajduje się przestrzeń, do której nadal mentalnie przynależycie, ale z której od zawsze próbujecie się wyrwać, co jest – w sumie – i słuszne i ambitne. Ale wyrwano was stamtąd, wraz z granicami dopiero nieco ponad pół wieku temu i nadal macie w sobie mnóstwo wschodu, którym sami przecież gardzicie i którego sami nienawidzicie; ale wasz niby-zachodni kościół jest wschodni, bo więcej w nim bizantyńskiego przepychu niż zachodniej wstrzemięźliwej klasy, więcej w nim wrzeszczących przesądów i zabobonów, batiuszkowania tępego, stygmatyzowania wrzaskliwego niż rzetelnego dialogu i szacunku do bliźniego. Wasze niby-zachodnie urzędy, w których obowiązują zachodnie, niby, zasady, są tak naprawdę wschodnie, bo tylko małpują zachodnie rozwiązania, nie czując ich sensu, nie używając prawa w taki sposób, do jakiego zostało stworzone, olewając jego ducha, a manipulując literą. Wasze niby-zachodnie wartości: prawa człowieka czy akceptacja inności mają znaczenie tylko wtedy, gdy dotycząc was samych, i tak wam trzeba je tłumaczyć, bo inaczej ich nie pojmiecie.
    • Źródło: s. 54.
  • Co Kreuzberg? Tak kontrolowana próba chaosu w niemieckim porządku? Azyl od totalitarnego w sumie niemieckiego hiperogarnięcia. Niemcy w wersji hipster-punk-buntownik bez powodu. Wszystko super działa, bruczek nowiusieńki, asfalcik pierwsza klasa, ale na ścianach wielkie, złe graffiti, ojej-ojej, bunt taki wielki, berlińczycy tacy zbuntowani. Jeśli naprawdę by chcieli chaosu, to by przyjechali do Polski, a nie siedzieli w tym user-friendly-rebelzone-bullshicie.
    • Źródło: s. 166.
  • (…) i cały Kraków – w którym mieszkasz, bo schowałeś się w nim przed Polską, bo Kraków jest jednym z tych nielicznych miejsc w Polsce, w których można się schować przed Polską – wyszedł się nawalić.
    • Źródło: s.8.
  • Gapiłeś się na bar Sarmacja. Prosta, pustaczana buda pojechana kanarkowym tynkiem-barankiem. Dwa plastikowe, białe okna, drewniany okap nad drzwiami, z okapu zwisają dwie plastikowe, białe doniczki, z nich z kolei zwisają czerwone plastikowe kwiatki. Dach pewnie pokryty papą, bo czym. Kiedyś pewnie w barze Sarmacja mieścił się jakiś warsztat samochodowy. W sumie – podobało ci się to nawet, było polskie do bólu, powinno być sprzedawane na pocztówkach z napisem „Polska” zamiast jakichś tam, kurwa, Łazienek czy Wilanowów. Kurwa, to jest prawdziwa Polska, tylko że Polska udaje, że tego nie ma, Polska sama się tego wstydzi, nikt tego nie umieszcza na logach, w encyklopediach, podręcznikach, (…) Polacy udają, że u nich nie ma przestrzeni publicznej, że jeśli coś – to Wilanów i Łazienki. Kazimierz i Sandomierz, i to tylko w centrum. A chuj – myślałeś – to jest właśnie Polska, ten bar Sarmacja, to jest cywilizacja, którą wytworzyliśmy, i chuj, i koniec, kropka, jeśli się jej wstydzimy, to mamy problem, to coś z nią kurwa, zróbmy, ale nie udawajmy, że jej nie ma. Ten Bar Sarmacja powinien być na znaczkach pocztowych, a nie, kurwa, Wilanów.
    • Źródło: s. 89.
  • I po co to komu było, myślałeś. Trzeba było się nie modlić o tę wojnę powszechną o wolność narodów. Trzeba było zlać sprawę. Byłyby najwyżej trzy Polski, a wszyscy Polacy chodziliby opromienieni ciepłem cierpienia narodu bez kraju. Kompozytorzy by komponowali, pisarze by pisali. Terroryści by za nią ginęli, za Polskę, za piękną Polonię, w pociągach Deutsche Bahnu, w rosyjskich marszrutkach, w austriackich cukierniach, a świat by ich miał coraz bardziej dosyć. (…) Jaka piękna by była Polska, gdyby istniała – tak by pisali. Historycy polscy by dowodzili, że musiałby to być najcudowniejszy kraj pod słońcem (…). Inni tworzyliby historie alternatywne i wyobrażali sobie Polskę jako raj na ziemi. Niemiecki porządek, słowiańska dusza. Niemiecki kraft, słowiański spontan. Tak by pięknie było. I po cholerę było toto rodzić w takich bólach i tyle razy, żeby tego trupa skazanego przez historię na śmierć co rusz reanimować? Ten projekt toksyczny i beznadziejny, który nigdy nie może się udać, ale który, kurwa, angażuje w siebie za każdym razem na śmierć i życie miliony wolontariuszy, którzy wywlekają dla niego do ostatka swoje bebechy i gówno z tego mają?
    • Źródło: s. 244.
  • Jeśli na Słowacji rząd upadnie, to nie piszecie że na Słowacji upadł rząd, tylko piszecie, że „sąsiad Polski na krawędzi”, bo jeślibyście napisali, że ten sąsiad Polski to Słowacja, to by się pies z kulawą nogą nie zainteresował, bo to co się dzieje na Słowacji interesuje wyłącznie studentów słowacystyki i niektórych czechofilów, którzy w swoim czechofilstwie mają słowackie rozszerzenie.
    • Źródło: s. 10.
  • Kierowca busika, jak to kierowca busika, był młody, z lekką, cienką bródką, w obcisłym sweterku, czarnych sportowych butach udających eleganckie, i ogólnie riki-tiki był. Właściwie wyglądał jak wszyscy inni kierowcy busików od Armenii po Murmańsk i od Władywostoku po Albanię.
    • Źródło: s. 183.
  • Kraków nocą wyglądał tak, jakby zwieńczeniem historii ludzkości miał być jeden wielki pub, Disneyland, jakby jedynym, co przychodzi do głowy ludziom żyjącym w tym mieście i odwiedzającym je, było nawalenie się na maksa i lizanie czarnego krakowskiego asfaltu, ciemnego bruku udającego historyczny, a położonego w latach dziewięćdziesiątych.
    • Źródło: s. 19.
  • Mijasz już cmentarz Rakowicki, ach uwielbiasz cmentarz Rakowicki, jest kwintesencją Krakowa, na każdym grobie, przed każdym nazwiskiem – tytuł: ten magister, ten rajca, ten doktor, ten adwokat, a jeśli już nie było totalnie co wpisać, to ryli „Obywatel Miasta Krakowa”.
    • Źródło: s.7.
  • Na tym polegał ten cały słynny „most między Wschodem a Zachodem”: polskie miasta i wsie wyglądały jak zacofana parodia Europy, a ci, którzy tym krajem władali, byli wschodnimi satrapami. To wcale nie musiało być tak, że oni kopiowali wschodnie stroje, tutaj po prostu BYŁ ten pierdolony Wschód. Orient. Tak, każdy dworek był mikrosatrapią, z tego właśnie składała się Rzeczpospolita: z setek, tysięcy państewek, w których we wschodnim przepychu siedział pan i władca okolicznych dusz. Ze swoimi rabami mógł robić to samo, co perski szach z poddanymi – ściąć kogo chciał, pieprzyć kogo chciał, zakuć w dyby, wypatroszyć, zakopać żywcem w ziemi, kazać pracować na okrągło, jak w gułagu, i co by mu kto zrobił. Zresztą, polski szlachcic bardzo chciał tego perskiego szacha przypominać, więc wyobrażałeś sobie ich teraz, ciągnących pre-Siódemką z Warszawy do Krakowa i abarot, na wielbłądach, kopyta ujebane błotem, całe nogi, po kolana, w błocku, polskim symbolu narodowym, i oni na tych wielbłądach, myślałeś, patrząc na asfalt drogi krajowej numer siedem, musieli tędy przechodzić, przejeżdżać, wąsaci, w futrzanych czapach z piórami, te same polskie twarze, które widujesz codziennie w sklepie, w autobusie, w biurze, urzędzie, te same, te samiusieńkie, tylko w tych, kurwa, czapkach sobolowych, z wąsami po piersi, z czubami na wygolonych łbach, biodra owinięte słuckimi pasami, kontusze, żupany – patrzyłeś na asfalt drogi numer siedem, na przejeżdżające nią samochody i nie mogłeś sobie tego wszystkiego wyobrazić.
    • Źródło: wyd. Ha! Art, Kraków 2015.
  • Nie mogłeś sobie wyobrazić, wychodząc z rodzinnego bloku w Radomiu, mieście leżącym w obrębie środkowopolskiej Pustaci Wewnątrzobwarzankowej, że świat, który jest inny od tego dookoła, może realnie istnieć. (…) Okej, wiedziałeś, że istnieją Niemcy. Niemcy są dla każdego Polaka czymś w rodzaju na sto procent istniejącego nieba i piekła jednocześnie. Z jakiegoś powodu byłeś też pewien, że istnieje Rosja, która była tym samym, co Niemcy, tylko na odwrót. Ale wszystko inne było tylko baśnią z książek, kaset wideo i kolorowych czasopism.
    • Źródło: s. 156.
  • No co, głupio wam, mości królu, wyszło z tą Warszawą – powiedziałeś. – Polskęście w czarną dupę mazowiecką przenieśli, wasza miłość, w pustkę.
    • Źródło: s. 123.
  • Polskie miasta już tak zarosły tym gównem, tym reklamami, tym sajdingiem, tymi dobudówkami, (…) że nie widać już kształtu tej dawnej Polski. Tej, którą Chińczycy, jeśliby budowali polskie miasto, musieli by skopiować. Ja na przykład pokapowałem się, że tego kraju w ogóle nie znałem, że nie wiem, jak ten kraj wygląda naprawdę.
    • Źródło: s. 98.
  • Siódemka, Siódemka, myślisz, szós polskich królowa, droga, która jest kręgosłupem polskiego państwa, Polski wiślanej, bo ta odrzana to zupełnie inna historia.
    Tamto to polska kolonia. A tutaj, wzdłuż Siódemki, Siódemeczki, rozwlekła swoje ciało Polska, ta Polska, the Polska, ten projekt, prodżekt, prodżekt Polska, który kilka razy nie wypalił, a teraz jest znów odpalony i terkocze, działa jakoś, pyr-pyr, pyr-pyr, zbiera się jakoś do kupy, próbuje się na nowo określić, a Siódemka jest jego osią przeprowadzoną od Gdańska przez Warszawę po Kraków i góry, przez sam jego środek, rozcina ziemię, z której ta Polska wpływała, które są jej esencją, które nadają jej kształt i ton, bo to Siódemka to polskie centrum, a reszta to peryferia, choć sama Siódemka to peryferium do kwadraty, hej, Siódemka, Siódemka.
    • Źródło: s. 23.
  • Ta rzeczywistość, polska rzeczywistość, w której są stacje benzynowe Orlen i bary U Grubego, w której są centra handlowe z H&M-em i Carrefourem, w której kioski Ruchu są ciemnozielone i leży w nich „Wyborcza”, „Polityka”, „Wprost”, „Tygodnik Powszechny”, „Newsweek”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Nasz Dziennik” i tak dalej, w której asfalt jest albo nowy, głęboko czarny i porządnie oznaczony, albo połatany jak spodnie włóczęgi, w której salony piękności noszą nazwę Afrodyta albo Kleopatra, a siłownie – Spartakus, w której agencje ochrony nazywają się Gladiator albo Cerber (albo Kerberos, jeśli nazwa Cerber jest już zajęta), w której bloki są ocieplane styropianem i tynkowane na radosne kolory, w której stoją koślawe pomniki Jana Pawła II, gówniarze wciągają spida, a potem jeżdżą po mieście octaviami swoich rodziców, w której ludzie biorą kredyty w bankach Pekao SA, WBK Handlowy czy CITIBANK i kupują samochody i mieszkania, a w mieszkaniach mają modny minimalizm i białe, równe ściany, w której grodzi się osiedla, bo rzeczywistość poza ogrodzeniem nie spełnia wysokich wymagań nowej polskiej klasy średniej, w której rejestracje samochodowe kiedyś były czarne, a teraz są białe z pierwszą literą oznaczającą województwo, a pozostałe – miasto na jego terenie, w której sklepach nocnych bywają kraty, przez które ekspedientka podaje klientowi towar, najczęściej piwo żywiec i wódkę luksusową, zawsze w białej plastikowej torbie, która potem fruwa po asfalcie i chodniku, w której wierni w kościele oddychają z ulgą, gdy ksiądz mówi „posłuchajcie, umiłowani, ogłoszeń duszpasterskich”, bo to oznacza, że msza się już niedługo skończy i będzie można iść do domu, w której telewizji leci Jaka to melodia i Klan, w której ekspedientka zawsze pyta klienta, czy nie ma może końcóweczki drobnymi, bo ona nie ma wydać, w której młode drechy mówią do ludzi „e bo jak ci zara przyjebe, to sie wyjebesz” albo „wypierdolić ci z grzywy”, w której policjanci noszą granatowe spodnie z białymi lampasami i mają na rękawie napis POLICJA i bywają strasznymi chujami, choć czasem są też niespodziewanie mili i wtedy wszyscy są zaskoczenie, w której wesela organizowane są w celu przygotowanych restauracjach z krochmalonymi obrusami i zawsze serwuje się na nich rosół, a na każdym stole stoi wódka, dzbanek z sokiem z czarnej porzeczki i sokiem pomarańczowym, a której kawę pije się albo z ekspresu, albo rozpuszczalną, albo parzoną, w której kanary mówią „dziędobry kontrola biletów, proszę przygotować bilety do kontroli”, w której wszyscy uważają, że Polska jest brzydka, słaba i nic się w niej nie może udać, że zima jest długa i depresyjna, że polska reprezentacja w piłkę nożną jest do dupy, bo w PZPN-ie siedzą leśne dziadki i nie ma struktur, które mogłyby wytworzyć porządną polską ligę, w której kupuje się warzywa na bazarze, bo niepryskane, w której ustępuje się staruszkom w tramwajach i autobusach, a jak jedzie karetka, to się ją puszcza, w której miasta i miasteczka służą do mieszkania, a nie do życia, w której nikt nawet nie próbuje realizować opcji „nieznośna lekkość bytu”, bo każda taka próba skazana jest na niepowodzenie, do której człowiekowi nie chce się wracać wakacji na Cyprze, w Egipcie czy Turcji, ale się wraca, bo czeka dom, który się postawiło z góralską ekipą budowlaną i w który władowało się setki tysięcy, bo czeka mieszkanie w ocieplonym bloku z powymienianymi oknami i kaloryferami i ze zrobioną kuchnią i łazienką albo w nowym budownictwie, w której wszyscy uważają za najoczywistszą oczywistość, że polska rzeczywistość jest gorsza od innych rzeczywistości i że tak musi być i zawsze będzie, bo tak jest napisane w Piśmie – była rzeczywistością, w której wojny nie mogłeś sobie wyobrazić.
    To była rzeczywistość, która miała nigdy się nie skończyć.
    To była rzeczywistość, która wyglądała na wieczną i twardą. Która miała nigdy się nie skończyć, bo trwała, wydawałoby się, od wieków. Bo była światem, który my, wszyscy, mieliśmy za bazowy. W porównaniu do której inne rzeczywistości nie były do końca prawdziwe.
    • Źródło: s. 220–221.
  • Tak, Kraków to był nadal trup stolicy, tak samo jak w XIX wieku, gdy przerażał podróżników, którzy do niego przyjeżdżali. Ale wtedy wyglądał jak prawdziwy, porządny upiór zbieranina ruin pięknych niegdyś pałaców i kamienic, pomiędzy którymi snuły się poobdzierane zombie mieszkańców. (…)

    A teraz to nadal jest trup, zmumifikowany trup stolicy, tylko że wyszminkowany, ubrany w karnawałowy kostium i elektrowstrząsami zmuszony do pląsania. W środku tego wszystkiego stał Wawel, wawelska katedra, która wyglądała w tym wszystkim jak zaginiona świątynia z Indiany Jonesa, gdzie – jak w winzipowym pliku – leżała zgromadzona cała polska historia. Można tam sobie spacerować między kryptami Kazimierza Wielkiego, Łokietka i Jagiełły i patrzeć z niedowierzaniem, jak te mityczne postaci nabierają realnego wymiaru, jakie musiały być małe, zwykłe, kruche i niedoskonałe. I to wszystko, truchła królewskie, artefakty, całe te narodowe czary-mary, Wawelu wzniosły mur, orły, sztandary, krzyże, kości mamuta wiszące nad bramą katedry, zebrane w jednym miejscu składniki Polski, zutaten, ingredients, które zmieszane razem powinny dać jakiś, jakikolwiek, kurwa, efekt, leżą sobie bezsilnie w pliku wawelskim, wawel. rar, polska. zip, i służą jedynie do kurzenia się i zaczepiania na chwilę znudzonych spojrzeń wycieczek szkolnych i ukrywających ziewanie panów Hubertów i pań Halin, którzy z nudów wybrali się do królewskiego miasta Krakowa w wolny weekend, bo ileż można patrzeć w telewizor, ileż można grilla zjeść, a dookoła nich wszystkich trwa jedna wielka impreza byłego polskiego chłopstwa, które – po wykonanym zgrabnie i niepostrzeżenie wyrzuceniu z kraju szlachty, twórców tego nieszczęsnego narodu, bo na dobrą sprawę nie do końca wiadomo, co się z tą szlachtą stało, cała impreza jakoś się, po prostu, rozpełzła, tysiąc lat historii, ot tak, rozeszło się po domach – samo przebrało się w polskie piórka, samo wskoczyło w pańsko-polskie kontusze i wycinało po trupie swojej dawnej stolicy takie hołubce, o jakich nikomu wcześniej się nie śniło, zredukowawszy ją do roli oberży.
    • Źródło: s. 21.
  • Tak więc powiewał dumnie polski sztandar nad żarówiasto-różowym napisem CUKIERNIA SOLARIUM na pomarańczowym tle. W sumie dobrze, że powiewał, bo gdzie miał powiewać, to przecież polski small business napędza PKB, napędza gospodarkę tego państwa, to jemu Rzeczpospolita zawdzięcza swoją współczesną kondycję, to małe i średnie przedsiębiorstwa są tym, co tworzy Polskę, to właśnie one, stworzone przez tak pogardzanych drobnych cwaniaczków i dorobkiewiczów z najntisów, sprawiają, że Polska jako tako działa, myślałeś, to właśnie oni, ci kolesie handlujący przy użyciu łóżek polowych skarpetkami, papierosami i niemiecką chemią, są prawdziwymi ojcami założycielami tego kraju, a nie Mieszko I czy Bolesław Chrobry.

    To ich nazwiska, a nie królów, Kościuszków i generałów, o których nikt i tak nic nie wie, powinniśmy przytwierdzać do obrzępolonych ścian naszych ulic. Zresztą – lepiej by tam pasowały. Bo ja wygląda tabliczka z napisem „ul. Bolesława Chrobrego” na otynkowanej pastelowym barankiem ścianie domku-bliźniaka otoczonego powyginanym w pseudobarok betonowym płotem seryjnej produkcji, do tego tabliczka z wizerunkiem wilczura i napisem „Pies zły, teściowa jeszcze gorsza”? Albo tabliczka z napisem „ul. Jagiellońska” na rozpieprzonej do szczętu kamienicy, w której mieszkańcy nadal szczają i srają do jednego sracza na całe piętro i grzeją węglem z piwnicy, modląc się do Jezusa Chrystusa, żeby dach nie zawalił się już tej zimy. Kamienicy, przed którą rozciąga się blade klepisko z jakimiś dwiema nieokreślonymi budami z blachy, w której gnieżdżą się dwa samochody zajumane z Niemiec, czekające na przebicie numerów. A golf trójeczka i czwóreczka? A? Albo wielki napis „OSIEDLE TYSIĄCLECIA CHRZTU POLSKI” wymalowany wielkimi, kolorowymi kobyłami na czteropiętrowym bloku, świeżo otynkowanego na seledyn ze wstawkami ciepłych brązów, pod którego ścianami w wytartej trawie robią się błotniste kałuże przemieszane w koktajl z popękanymi płytami chodnikowymi i jakąś żuł-ławką, na której dobywa się picie ciepłego piwa w puszkach ze sklepu Żabka zlokalizowanego w ceglanej i nieotynkowanej dobudówce przyłączonej do bloku w szalonych latach dziewięćdziesiątych? Przecież to wszystko wygląda jak żarty, jak robienie sobie jaj.

    Do tego wszystkiego pasują ulice z zupełnie innymi nazwami, na przykład „Handlarzy spod dworca Zoo w Berlinie” albo „Obrońców blaszanych szczęk pod Pałacem Kultury w Warszawie”. Albo „ul. Badylarzy”, „ul. Pionierów Prywaciarstwa Polskiego”. Ewentualnie „pl. Właścicieli Kantorów” czy „al. Wypożyczalni Wideo Hollywood”. To są prawdziwi Ojcowie Ojczyzny. I nad tym wszystkim powinny wisieć flagi narodowe. Czemu nie, tak powinno być.
    • Źródło: s. 24–25.
  • Tu się – myślałeś – Austria kończyła, Galicja, a tam, dalej – Rosja zaczynała, to było niewiarygodne, że Rosja sięgała tak daleko w głąb starej, dobrej Środkowej Europy, w te pagórki, w tę sielskość porządną. Tu – myślałeś – stali rosyjscy pogranicznicy, i za cholerę sobie ich nie mogłeś wyobrazić, choć dobrze wiedziałeś, jak musieli wyglądać (…). Pilnowali przestrzeni, która ciągnęła się stąd, spod Krakowa, po Pacyfik, po głęboką Azję, czyli – w środkowoeuropejskiej skali – po koniec wszechświata, bo patrząc z Wiednia, Krakowa, Pragi, Budapesztu, jeśli coś niezmiennie trwa sobie w najlepsze po Pacyfik, to w zasadzie po prostu nie ma końca. Jest nieskończone i niepojęte.
    • Źródło: s. 42.
  • Tu się zaczyna, myślałeś, prawdziwa Polska, płaska, zabudowana gównianymi pustaczanymi pokrakami, ta czarna dziura w środku kraju, ciągnąca się od granic Wielkopolski po Wisłę i od Torunia po Śląsk, ta nędzna i ponura płaskość, która jest polskim krajobrazem bazowym, podstawowym, tytularnym, jak dla Węgier Puszta, dla Słowacji Tatry, dla Francji dolina Mozeli, dla Niemiec skała Lorelei i tak dalej. W Polsce funkcję tę pełni płaski, naleśnikowaty krajobraz pokryty betonowym szajsem bez ładu i składu.
    • Źródło: s. 225
  • W każdym normalnym kraju, od tego zacznijmy, nie używa się zwrotu „w każdym normalnym kraju”.
    • Źródło: s. 244.
  • Więc jedziesz przez centrum Michałowic, przez miejsce, które już dawno przerosło swoją wiejskość, ale nigdy nie dochrapie się miejskości, bo nowych miast już się nie tworzy. I nie znajdzie nowego, odpowiadającego swoim ambicjom kształtu, bo nowych kształtów już się nie nadaje. Więc Michałowice zostaną z tym swoim wrzaskiem szyldów w centrum, nadal pozostaną wsią-ulicówką z budowanymi przy Siódemce niby-biurowcami, trochę oszklonymi, trochę spanelowaciałymi, budowanymi bez konsultacji z żadnym urbanistą, zresztą – gdzie urbanista na wsi, panie kochany, w związku z czym Michałowice najbardziej ze wszystkiego, co w życiu widziałeś, przypominały ci Kosowo, gdzie na serbskiej tkance Albańczycy wybudowali na dziko całkiem nowy kraj, zakrywając zupełnie to, co znajdowało tam się dawniej.
    • Źródło: s. 55.
  • Wjechałeś do Jędrzejowa. Tkanka miejska Jędrzejowa jest, jak wiadomo, Czwartym Cudem Siódemki. (…) Tak więc jędrzejowski rynek był względnie niezabudowanym kawałkiem śmietniska w śmietnisku zabudowanym, które to śmietnisko nosiło ogólną dumną nazwę miasta Jędrzejowa. Budynkiem, który dominował w centrum miasta, był Dom Handlowy Piast, wyglądający tak, jakby go najpierw obsadzili uchodźcy z terenów opanowanych przez Złotą Ordę, a następnie każdy z tych uchodźców otworzył jakiś mały biznesik.
    Jędrzejów był idealnym reprezentantem małomiasteczkowej beznadziei Rzeczpospolitej Polskiej. Miastem o wiele bardziej idealnym niż Zamość, bo precyzyjnie pokazywał, co się stało z miasteczkami w tej części Europy, którą zajmuje państwo o nazwie Polska. To miasto wyglądało na złe. Na wściekłe. Na wściekle wkurwione i wcale mu się nie dziwiłeś. Wkurwione jak sam szatan. I wszyscy jego mieszkańcy byli podkurwieni, bo musieli być podkurwieni.
    • Źródło: s. 169.
  • Wzdłuż klepiska ciągnął się polbruk, zaprawdę, powiadam wam, jeśli kiedykolwiek w Polsce wybuchnie rewolucja, jej symbolem będzie właśnie kostka polbrukowa.
    • Źródło: s. 30.
  • Zostałeś sam z Józefem Piłsudskim o nadpalonych nieco wąsach, paliliście fajki, patrzyliście na show przed Pięknym Psem i zaczęliście, z nudów, gadać o Rosji, bo jak nie ma o czym gadać, to zawsze jest dobrze pogadać o Rosji.
    • Źródło: s. 15.

InneEdytuj

  • Irracjonalna miłość dla Orbana, który ma w Europie swoje sprawy do rozegrania i wcale nie kryje się z sympatią do Putina, pokazuje, jak ten nasz nieszczęsny PiS funkcjonuje na dwóch płaszczyznach: jednej wyobrażonej, a drugiej prawdziwej. Na wyobrażonej przyjaciel Viktor to spełniony antyliberalny sen i „Polak – Węgier ket jo barat”, a na prawdziwej, co wyjątkowo rzadko do otumanionego PiS-u dociera – to rosyjski sojusznik. Więc polska walka, na przykład, z Sorosem, która jest identyczna jak walka Węgrów, Rosjan czy prorosyjskich Bałkańczyków, jest na rękę wyłącznie Rosji.
  • Nawet jeśli PKB w Kongresówce było większe niż w pruskiej Wielkopolsce, to w Wielkopolsce żyło się przeciętnemu człowiekowi lepiej. Prusy rozwijały prowincję, a w Rosji bogactwo kumulowało się w rękach wąskiej klasy posiadającej, podczas gdy jej prowincja żyła jak w chałupach z czasów Mieszka. Tak więc mógłbym się nawet podpisać się pod słowami Jarosława Kaczyńskiego, który na spotkaniu z wyborcami gdzieś na Pomorzu mówił o tym, że „urealnienie gospodarki i pieniądza” za czasów Balcerowicza było potrzebne, ale zapomniano wówczas o ludziach, traktując ich jako cyfry na drodze do sukcesu. I o tym, że liberalizm ma swoje miejsce w historii myśli ekonomicznej, ale w Polsce przyjął on mocno karykaturalną formę.
  • Polski PiS (...) chcąc raczej kontrować „elity” z chadeckich pozycji (albo z pozycji takich, jakie sobie PiS wyobraża, że są chadeckie), jak ostatni frajer przyłączył się do chóru populistów. I, biedny, nie zdaje sobie sprawy, że jednocześnie śpiewa w chórze LePen i Putina. Bo poza tym chórem żadnych innych chórów nie ma. A i sam PiS nie zauważył, że już dawno nie jest chadecki, tylko skrajnie prawicowy – bo jaki ma być po sojuszu z Radiem Maryja i z takimi cudami jak Macierewicz w rządzie?
  • Putin też zaczynał mając nadzieję, że uda mu się dogadać z Zachodem nie przyjmując zachodnich standardów. Skończył tak, jak skończył. To samo czeka PiS, które te zachodnie standardy właśnie demontuje, a jednocześnie chce, żeby Zachód zaakceptował „wyjątkową polską drogę”, która jest niczym innym jak połączeniem kopalnego konserwatyzmu z narodowo-socjalistycznym odruchem. Zachód PiS nie zaakceptuje, a PiS podryfuje na wschód. A biorąc pod uwagę przekonania krzepnącej właśnie neo-endecji – ta droga już się zaczęła. Tylko, że Rosja to Rosja: nie da się bez niej funkcjonować i Zachód musi się z nią jakoś dogadywać. Polskę czeka w najlepszym razie los Białorusi.