Weekend (film)

film

Weekend - polska komedia kryminalna z 2010 (premiera w styczniu 2011) w reżyserii Cezarego Pazury.

O WeekendzieEdytuj

  • Jak zrobić film, w którym aktorki grają z takim zaangażowaniem jak w modnych ostatnio telewizyjnych reklamach pigułek na wzdęcie, a aktorzy - jakby reklamowali środki na uleczenie prostaty? Teza naprędce przeze mnie sformułowana po obejrzeniu tego półproduktu wzmocniła się następnego dnia, kiedy radosny jak Danton na szafocie udałem się na jakoby komedię Cezarego Pazury "Weekend". Szedłem z pełną świadomością skazańca, że nie będzie to wcale śmieszna komedia, ale liczyłem na to, że przynajmniej raz zarechoczę, choćby z kloacznego kawału, choćby z koszarowego żartu. A tu nic, przez cały film nawet kąciki ust mi się nie uniosły, żadnego, nawet najmniejszego chichrania, mimo że jest tam i sensacja, i romans, i dramat nieomal, a nawet coś w rodzaju modnej ostatnio teorii "queer" podanej, że tak powiem, a rebours, hłe, hłe, hłe, normalnie można umrzeć.
  • Ten film stanowi niestety stertę gnoju. Dzieje się tak, gdyż niemal całość narracji prowadzona jest z perspektywy przedstawionych z sympatią Maxa i ”Guli” – mafiosów, handlarzy narkotyków, morderców, porywaczy, szantażystów, ludzi gardzących prawem i pobłażliwych wobec rozpusty. Widz ma im kibicować w ich staraniach o to, by „wykiwać” konkurencję i policję. Ich ciężkie nieprawości są tu więc niefrasobliwie wyeksponowane w celach rozrywkowych. Policjanci (z wyjątkiem, o którym później wspomnę) jawią się na tle inteligentnych gangsterów zazwyczaj jako kompromitujące się przez swą nieudolność półgłówki. Komisarz, grany przez Jana Frycza, jest co prawda bardziej lotny, ale to postać zdecydowanie negatywna – nie dość że zdradza żonę to jeszcze jest skorumpowany (mówi Maxowi, że mógłby przymknąć oko na jego lewe interesy, gdyby dostał z nich 10 % zysku). Forma filmu jest adekwatna do jego treści – mamy w nim ogrom plugawej mowy (na potrzeby recenzji naliczyłem tu 136 wulgaryzmów), twórcy nie stronią też od dosadnego pokazywania, mającej bawić widza, przemocy. Seksu co prawda jest niewiele, ale zamiast niego sporo tu umieszczono obrzydliwych, obscenicznych dialogów (np. snutych przez sodomitę Jonnego rozważań o analnym nierządzie czy też przechwałek „Guli”, że żyje z młodocianą kochanką).
  • Za wszystko to i jeszcze więcej odpowiedzialny jest sam król. Tym, którzy nie wiedzą o jakiego króla chodzi, wyjaśniam: o Cezarego Pazurę. Sam tak się nazwał. W reklamach poprzedzających „Weekend” szedł taki komunikat: „oto film Cezarego Pazury – króla polskiej komedii”. Monarchii na „Weekendzie” jednak się nie zbuduje. Film jest smutnym świadectwem tego, że Pazura żyje w jakimś szklanym pałacu, do którego wnętrza docierają tylko zniekształcone przez szybę obrazy i dalekie echa tego, czym żyje kino. Ktoś taki, zabierając się za „własną wypowiedź artystyczną”, naładowany ochłapami znaków, skazany jest na to, że w jego interpretacji zwyczajnie zniknie jakikolwiek sens i z polskiej odpowiedzi na kino Tarantino i Guya Ritchie zrodzi się co najwyżej bełkot.