Otwórz menu główne

Tomasz Beksiński

polski dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz

Tomasz Beksiński (1958–1999) – polski dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz angielskojęzycznych list dialogowych (m.in. filmów Monty Pythona i serii o Jamesie Bondzie).

  • Żeby złapać humor Pythonów, trzeba mieć dystans do wielu rzeczy, a przede wszystkim do samego siebie. Znam ludzi, którzy Monty Pythona kompletnie nie rozumieją. To jest humor dla intelektualistów.
    • Źródło: artykuł Żadnych świętości, „Machina” nr 9, grudzień 1996

Opowieści z KryptyEdytuj

Ten artykuł ma chronologiczny układ cytatów.
  • (…) odbywszy Podróż Antysentymentalną próbowałem zdjąć z nosa ciemne okulary i zacząć postrzegać monty-pythonowską rzeczywistość bardziej różowo. Ale słuchacze Trójki poczęli się niecierpliwić. Dlaczego pan jest taki wesoły? – pisano. Dlaczego w audycji nie ma już tylu wampirów, grobów, gotyku? l tak dalej. Poczułem się wtłaczany na siłę w pelerynę i zamykany w krypcie, szprycowany depresją i osaczony przez przeważające siły wyznawców widzących we mnie mizoginistycznego mesjasza z czarnym krukiem na ramieniu. Wszystko to bardzo ładnie wygląda, ale ja nie jestem Vincent Price.
    • Źródło: felieton Solsbury Hill, „Tylko Rock” nr 8 (84), sierpień 1998.
  • Nie jestem nacjonalistą i nic nie mam przeciwko różnym mniejszościom narodowym, ale w chwilach ekstremalnych przypomina mi się scena z Chińczykiem (z filmu Upadek). Gdy dotknęła nas rodzinna tragedia, akt zgonu sporządzał medyk pochodzenia arabskiego. Nie dość, że był na bakier z polską ortografią (zamiast „aorta zstępująca” napisał „stepująca”), to jeszcze zaczął bezczelnie wciskać nam usługi jakiejś firmy pogrzebowej motywując to tym, że „zaoszczędzimy pieniądze”. Każde dziecko wie, że w grę nie wchodziło nasze dobro, lecz jego prywatny interes. Michael Douglas wziąłby do ręki baseballowy kij i powiedziałby: Żyjesz w moim kraju, więc naucz się łaskawie mojego języka, a z racji swojego zawodu miej przyzwoitość nie zarabiać na czyimś nieszczęściu. Następnie wskazałby mu drzwi i grzecznie zasugerował, że gdy kij wejdzie w bezpośrednie spotkanie III stopnia z nabiałem pana doktora, nie tylko zobaczy on Allaha, ale powie Ach! i sam zacznie stepować.
    • Źródło: felieton The Michael Douglas syndrome, „Tylko Rock” nr 1 (89), styczeń 1999.
    • Zobacz też: Michael Douglas
  • Po namyśle doszedłem jednak do wniosku, że najbezpieczniej jest nie wychodzić z domu. A jeszcze lepiej nie czytać gazet, nie oglądać telewizji (poza filmami) i nie słuchać radia. Głupota otoczenia budzi w człowieku Michaela Douglasa. Zaś oglądając Bonda można jedynie odprężyć się psychicznie i żyć w błogiej – i bezpiecznej – nieświadomości otaczającej nas dżungli, którą kierują małpy uzbrojone w komputery.
    • Źródło: felieton The Michael Douglas syndrome, „Tylko Rock” nr 1 (89), styczeń 1999.
  • Stare mądre powiedzonko brzmi: jeśli mężczyzna po czterdziestce budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy, że umarł.
    • Źródło: felieton Seks dla dorastających, „Tylko Rock” nr 2 (90), luty 1999.
  • Lubię horrory i wampiry, bawi mnie to wszystko, dobrze się czuję w tej scenerii – choć nie traktuję tego serio.
    • Źródło: felieton Seks dla dorastających, „Tylko Rock” nr 2 (90), luty 1999.
  • Jedna czytelniczka zarzuciła mi niedawno, że widzę w kobiecie tylko tyłek i cycki. To nie jest prawda. Przede wszystkim widzę naczynie interesownej podłości. Zawsze starałem się szukać czegoś poza wymienionymi wyżej atrybutami i nigdy nie udało mi się trafić na nic wartościowego. Prawie zawsze kończyło się to bólem serca i wieloletnią rekonwalescencją pod opieką Kruka z poematu Edgara Allana Poe, a także bólem głowy od papierosowego smrodu – dama bowiem nie wie, że z papierosem jest równie atrakcyjna jak z kapką wiszącą z nosa.
    • Źródło: felieton Kobieta wąż, „Tylko Rock” nr 3 (91), marzec 1999.
  • Podobno Heraklit stwierdził przed wiekami, że wszystko na świecie zmienne jest – panta rhei. Miał chyba jednak na myśli przemijanie czasu, a nie maniakalne przetwarzanie całego świata w ramach mody i niczym nie umotywowanego (poza chęcią zarobku) pościgu za czymś „nowym”. Bynajmniej nie neguję wynalazków! Jestem jednak zagorzałym antagonistą udziwniania urządzeń, które dawno już potwierdziły swoją skuteczność. Bowiem w efekcie otrzymujemy na przykład zegarek, który wskazuje ciśnienie atmosferyczne, podaje aktualny kurs walut, odbiera kilkanaście stacji telewizyjnych i radiowych, służy za kalkulator i wykałaczkę, pracuje nawet w wodzie o głębokości 300 m, ale nie odmierza czasu.
    • Źródło: felieton Shit przyszłości, „Tylko Rock” nr 5 (93), maj 1999.
  • Najwyższy już czas, żeby pingwin stojący na telewizorze eksplodował.
    • Opis: lubiana przez Beksińskiego sentencja, nawiązująca do jednego ze skeczy grupy Monty Pythona.
    • Źródło: felieton Co by tu jeszcze spieprzyć, „Tylko Rock” nr 6 (94), czerwiec 1999.
  • Jednak życie w bloku ma swoje dobre strony. Najlepszą jest to, że gdy zajmuje się lokal na X piętrze (lub na wszelkiej najwyższej kondygnacji), siadając na toalecie zawsze wali się na wszystkich pod spodem. To działa naprawdę oczyszczająco.
    • Źródło: felieton Młotek człowiekowi sąsiadem, „Tylko Rock” nr 7 (95), lipiec 1999.
Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.
  • Przed laty najgorsza była małpa. Tak nazwałem mieszkającego w pobliżu jednokomórkowca, który „uszczęśliwiał” mnie dyskotekowym łomotem o każdej porze. Najchętniej z rana. Stwierdziłem, że tylko małpy zdolne są zaczynać dzień od pseudomuzyki, która przenosi się przez ściany pod postacią równomiernego „łup łup łup”. Totalny brak wrażliwości, subtelności i poczucia estetyki. Małpa na szczęście chyba się wyprowadziła, albo zdechła na guza mózgu od słuchania tego gówna. W każdym razie od kilku lat dudnienia nie słychać.
    • Źródło: felieton Młotek człowiekowi sąsiadem, „Tylko Rock” nr 7 (95), lipiec 1999.
  • Zawsze intrygowała mnie w ludziach ta całkowicie niezrozumiała potrzeba nieustannego przemieszczania się z miejsca na miejsce bez wyraźnego powodu. Zamiast cieszyć się weekendem wolnym od pracy, wyjeżdżają na łono natury, gdzie gryzą ich komary, słońce przypieka na czerwono, a do spożywanego na trawie posiłku włażą mrówki i wpadają muchy. Albo jadą z ukradzioną komuś dziewczyną do Zakopanego, żeby romantycznie wdychać aromat owczych odchodów. Albo świadomie decydują się na potworne niewygody na tak zwanych działkach, gdzie żrą nadwęglone nad ogniem mięso, wdychają cuchnący dym z ogniska i śpią w iście spartańskich warunkach – podczas gdy wygodne mieszkanie z normalnym łóżkiem, łazienką z ciepłą wodą, telewizorem i lodówką stoi puste. Zboczeńcy, ani chybi! Zaś latem większość tego towarzystwa postanawia wyjechać na „wypoczynek”, z którego zawsze wraca się w stanie skrajnego wycieńczenia.
    • Źródło: felieton Jaszczurka w bidecie, „Tylko Rock” nr 8 (96), sierpień 1999.
  • Mój przyjaciel z lat licealnych, pan Waja, zacytował mi kiedyś Wielkiego Filozofa Nietzschego: Kto uważa ludzi za stado i ciągle przed nim ucieka, ten musi liczyć się z tym, że to stado dogoni go i weźmie na rogi. Następnie skonstatował: A niech mnie ch... biorą na rogi, ja ich p.... Podpisuję się pod tym.
    • Źródło: felieton Simone Choule, „Tylko Rock” nr 9 (97), wrzesień 1999.
  • Zaczynasz się czuć jak pod lupą. Dookoła czai się krwiożercze stado życzliwych osób. Poznawszy twoją wybrankę, rodzina radośnie gdacze, że „nareszcie się ustabilizujesz”. Analizujesz znaczenie tych słów i dochodzisz do wniosku, że chcą z ciebie zrobić taką jak oni kołtuńską glistę z maszynki do mięsa w The Wall. Wiedzą lepiej, czego ci potrzeba do szczęścia. Zaś najbliższa (?) osoba zaczyna ci wytykać, że twój świat to fikcja i że trzeba dołączyć do stada zachłystującego się pełnią życia przy kieliszku w zadymionym pubie. W zamian za miłość oferuje persyflaż (Do you love me? Like I love you?). Nie wystarczą sztuczne cycki, tytuł naukowy na uniwersytecie i koszulka z napisem „I’m not a piece of ass, I am a doctor” – trzeba naprawdę być czymś więcej. Ze zgrozą pojmujesz, z kim żyłeś przez ponad rok. Twój zamek marzeń staje w ogniu, a potem tonie w bagnie.
    • Źródło: felieton Simone Choule, „Tylko Rock” nr 9 (97), wrzesień 1999.
  • Zamykasz się w krypcie, zasłaniasz okna (żeby ciekawscy z sąsiedniego bloku nie zapuszczali sępiego spojrzenia swoich źrenic w twoje sanktuarium), nie otwierasz drzwi i nie odbierasz telefonów. Mimo to budzisz się któregoś dnia ze smakiem krwi w ustach i w panice odkrywasz, że wyrwano ci ząb (a może serce?). Ząb tkwi teraz w dziurze w ścianie, zaś twoja perła trafiła pod wieprzka. Nim się zorientujesz, już stoisz na parapecie. Is everybody in? The ceremony is about to begin. Jeszcze tylko malutki kroczek… i wpadniesz w mroczną czeluść szeroko rozwartych, wrzeszczących ust Simone Choule.
    • Źródło: felieton Simone Choule, „Tylko Rock” nr 9 (97), wrzesień 1999.
  • Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku – seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy „tylko” dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna – pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14 października 1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998…
    Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.
    • Opis: felieton, który był de facto listem pożegnalnym Tomasza Beksińskiego,
    • Źródło: felieton Fin de siecle, „Tylko Rock” nr 1 (101), styczeń 2000.

O Tomaszu BeksińskimEdytuj

  • Ale wiem też, ile radości mógł Mu sprawić nawet jeden telefon, jeden list: odebrałem, zrozumiałem. I wiem też, ile takich otrzymywał. Dla twórcy nie ma bardziej uskrzydlających chwil. I tak na pewno było. Dlaczego nie dopisał ich do swojego przeraźliwie krótkiego zestawu powodów, dla których warto (było) żyć? Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego zrozumieć.
  • Jeśli ktoś już dwa razy bez skutku próbował odebrać sobie życie, jeśli w młodości spadła mu na głowę szafa, kiedy słuchał Black Sabbath, jeśli wyszedł cało z katastrofy samolotu w Rzeszowie, to naprawdę trudno uwierzyć, że rzeczywiście nie żyje.
  • Moja córka, mająca dziesięć i pół roku, pamięta Go jako sympatycznego pana, który podczas koncertu Black Sabbath w Katowicach pożyczył jej lornetkę, żeby mogła się lepiej przyjrzeć Ozzy’emu Osbourne’owi.
  • Po 25 latach poszukiwań i ostatnim kopniaku stracił nadzieję ostatecznie. I to mi powiedział wtedy, w Wigilię, przez telefon. Chyba zastanawiał się, czy nie powiedzieć mi wszystkiego. Choć i tak, bez słów, zrozumiałam, nie odważyłam się powiedzieć „żegnaj”. Do końca miałam nadzieję. Taką beznadziejną nadzieję.
  • Trzeba go podziwiać, że potrafił nagiąć rzeczywistość do siebie. Stworzyć sobie świat, w którym było mu wygodnie. Jeśli się z czymś nie zgadzał, to się nie zgadzał. Chciał jeść ostro, szedł do restauracji, w których robili mu ostro. Chciał pracować z takimi lektorami, a nie innymi, pracował tylko z tymi, których sam wybrał. Chciał nadawać muzykę taką a nie inną, tylko taka pojawiała się w jego audycjach. Do niczego nie można go było zmusić.
    • Autor: Wojciech Szadkowski
    • Źródło: Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, Vesper, Czerwonak 2016, s. 283.