Otwórz menu główne

Olga Krzyżanowska

polska działaczka polityczna, lekarka
Olga Krzyżanowska

Olga Teresa Krzyżanowska (1929–2018) – polska polityk, działaczka społeczna i lekarka.

  • Jeśli chodzi o Kościół, to mam mieszane uczucia. Jestem z pokolenia, które pamięta wojnę – kiedy wybuchła, miałam 10 lat. Dwa lata później mama trafiła na Pawiak, a tata był w Wilnie, więc zostałam sama. Pomagali mi obcy ludzie, którzy przygarniali mnie do swoich domów. Mieszkałam też przez pewien czas u urszulanek, jak wiele innych dzieci w podobnej sytuacji. Nabrałam wtedy ogromnego szacunku dla sióstr i księży. Drugi raz nabrałam szacunku dla Kościoła poprzez księdza Eugeniusza Dutkiewicza, który tworzył w Gdańsku pierwsze w Polsce hospicjum. Byłam już wtedy lekarzem i poprosił mnie o pomoc, bo tak jak inni lekarze chodziłam do domów umierających pacjentów, by tam im pomagać. (…) Kiedyś Kościół wspierał walkę o wolność. Gdy startowałam do Sejmu w 1989 roku, spotykałam się z ludźmi głównie w małych miejscowościach, i to z pomocą księży. Pomagali, ale nie mówili o Bogu czy Kościele. Mówili o wolnej Polsce, nie myśleli o swoich wpływach, ale o interesie kraju, nie agitowali na rzecz jednej partii.
  • Jeżeli sędziów będzie mianował jeden człowiek, polityk PiS Zbigniew Ziobro, to jak to inaczej nazwać? Jeżeli rozwiążą aktualny skład Sądu Najwyższego, kto wybierze następny? Nie grono sędziów, ale jeden człowiek z partii. To jest niesłychanie groźne. Tak właśnie było za komuny. To jest powtórka tych najgorszych lat. Ale wtedy mówiło się, że my, Polacy, musimy słuchać Sowietów, że się ich boimy. Teraz nie ma tej wymówki. W tym wszystkim jest jeszcze Jarosław Kaczyński, człowiek dla mnie trudny do zrozumienia. Ma chorą ambicję, że zmieni kraj na inny. Nie licząc się z żadnym prawem, i z tym, co myśli spora część społeczeństwa. A kim on jest? Posłem i szefem rządzącej partii. Ten mechanizm też znamy z czasów komuny. Decydowali wtedy nie obywatele, ale pierwszy sekretarz.
  • Sprawa sądów wyjątkowo mnie boli, bo pamiętam, co po wojnie sądy wyprawiały z ludźmi, gdy sędziami byli ludzie mianowani przez komunistów. Na pozór wszystko odbywało się pięknie – oskarżony na procesie miał swojego adwokata. (…) Mój cioteczny brat jako 18-latek wstąpił do batalionu Zośka. Przeżył Powstanie Warszawskie, a w 1947 roku został aresztowany i skazany na 6 lat więzienia za to, że walczył o Polskę. Postawiono mu jakieś absurdalne zarzuty i przeprowadzono proces, ale czy „zgodnie z prawem”? Jeśli chodzi o mojego ojca (Aleksander Krzyżanowski, ps. Wilk, komendant Okręgu Wileńskiego AK – przyp. red.), umarł on w więzieniu na warszawskim Mokotowie w 1951 roku. Trafił tam aresztowany przez UB. Nie było wyroku. Dlaczego? Do dziś nie wiem. Przypuszczam, że go nie złamali, że się do niczego nie przyznał. Albo im się nie opłacało go sądzić. Opowiadam to, bo uważam, że dzisiaj wracamy do czasów komuny.