Florencja, córka Diabła

Florencja, córka Diabłapowieść Joanny Chmielewskiej z 1993 roku.

Wypowiedzi postaciEdytuj

JoannaEdytuj

  • Mówiłam ci, jesteśmy narodem barbarzyńców. Im wyższa cywilizacja i kultura, tym właściwszy stosunek do zwierząt, na razie pozostajemy na etapie zagłodzonych plemion koczowniczych. Co żywe, a nie jest istotą ludzką, służy do zjedzenia i cześć. Nie ma sankcji na bydlaków znęcających się nad zwierzętami. Możesz im udowodnić dwadzieścia razy, że truli konia, uszkodzili go jakoś, wstrzykiwali szkodliwe co popadnie i nic im nie będzie. A jeżeli pracownicy stajni dadzą im po mordzie, pójdą odpowiadać przed sądem.

W narracjiEdytuj

  • Mniej więcej po godzinie wysiłków oprzytomniał do reszty i pomyślał, zupełnie już trzeźwo, że łatwiej mu przyjdzie wygrać Derby, niż uczłowieczyć sołtysa. Mimo wywleczenia go z wanny i ustawienia na nogach, jednego ludzkiego słowa nie mógł z niego wydobyć, ponadto widać było, że polska mowa do tego stworu nie dociera. Poszedł najpierw po rozum do głowy, a potem na dół, do sali weselnej. Nie zwracając uwagi na nielicznych biesiadników w rozmaitym stanie, znalazł jakieś naczynie, butelkę z bezbarwnym płynem i kilka porozrzucanych po stole ogórków konserwowych, rozejrzał się, wypatrzył jeszcze ocalałą butelkę piwa i wszystko to razem zaniósł na górę, do łazienki, gdzie sołtys odpoczywał na sedesie, miękko wsparty o niski rezerwuar. Nie patrząc na Zygmusia, wymówił pierwsze zrozumiałe słowo.
    – Klina…
  • Nie przekroczyła zwyczajnie owej straszliwości, która mogła może ją ugryźć albo się na nią rzucić, tylko rozpaczliwie i z dziką determinacją wykonała skok…

Inne postacieEdytuj

  • Ja ci, bracie ty mój, synu kochany rodzony, całą prawdę powiem, ale trzymaj ty pysk na cztery kłódki zamknięty.
    • Postać: sołtys
    • Opis: do Zygmunta Osiki.
  • Ja nie wiem, czy to powinien być wszelki wypadek, czy wszelki przypadek. Ten wypadek jakoś mnie męczy. Przypadek po mnie chodzi, więc wypa… czy przypa…

Dialogi postaciEdytuj

  • – Dobrze, że jesteś (…), czy ty wiesz, co ona [klacz] zrobiła? Wylazła z paddocku pod żerdzią!
    Zygmuś popatrzył na ogrodzenie. Stanowiły je pojedyncze żerdzie pomiędzy palikami, umieszczone na wysokości mniej więcej metr dwadzieścia. Żaden koń by się pod nimi nie zmieścił, chyba że mały kucyk.
    – Jak to, pod żerdzią…?
    – No pod. Ugięła nogi, jak pies, jak do czołgania i przelazła pod spodem.
    – I nawet nie trąciła – dodał stajenny. -Uszy po sobie, łeb i ogon na dół, wariatka, nic innego!
    – Niemożliwe – zawyrokował Zygmuś po zastanowieniu.
    – Widzieliśmy wszyscy troje na własne oczy – powiedział stary Gąsowski.
  • – Kto ją pokrył? – spytał Zygmuś zdecydowanie przytomniej.
    – Sołtys – odparł bez namysłu brat pana młodego. – Znaczy, może nie osobiście, tylko ogiera załatwił.

Zobacz teżEdytuj