Otwórz menu główne

Pogrom w Goniądzu – masakra co najmniej 116 żydowskich mieszkańców miasteczka dokonana przez Polaków w lipcu 1941 r.

  • Analizując sytuację w Goniądzu, trzeba zauważyć, że wystąpiły tu wszystkie składowe Holokaustu. Właściwie można powiedzieć, że już w 1941 r. w tym polskim miasteczku przeprowadzono Szoah w mikroskali. Jego mieszkańcy z własnej inicjatywy powołali bowiem jednostkę specjalną policji, tzw. straż obywatelską, następnie przeprowadzili segregację żydowskich mieszkańców miasta, tak jak to się odbywało później w nazistowskich obozach koncentracyjnych; rozdzielili kobiety od mężczyzn, których skoncentrowali w dwóch odrębnych podobozach – funkcję podobozu pracy spełniała stodoła R., a podobozu śmierci piwnica K. W tej ostatniej zostali umieszczeni więźniowie polityczni oraz ci z żydowskich mieszkańców, którzy również w inny sposób narazili się straż obywatelskiej. Następnie przeprowadzono ich eksterminację. W Goniądzu wykorzystywano niewolniczą siłę roboczą, dochodziło do gwałtów na żydowskich kobietach, do odbierania Żydom majątku.
    Nic z tego, co się wydarzyło, nie świadczy za to o przypadkowości działań polskich mieszkańców Goniądza, „szale” mordowania czy „amoku” tłumu, a wszystko zdaje się raczej wskazywać na działania w pełni zaplanowane, doskonale zorganizowane, przeprowadzone z premedytacją i iście morderczym profesjonalizmem, i to jeśli chodzi nie tylko o zniewolenie Żydów i ich mordowanie, ale także o późniejsze ukrywanie ciał i dowodów zbrodni. I co trzeba podkreślić, początkowo, w pierwszych tygodniach wojny, praktycznie bez obecności niemieckich żołnierzy.
    • Autor: Mirosław Tryczyk, Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów, Wyd. RM, Warszawa 2015, s. 374.
  • Po długich i żmudnych negocjacjach popartych sowitymi łapówkami udało się Judenratowi na wiosnę 1942 r. uzyskać pozwolenie na ekshumowanie, a następnie ponowne pochowanie Żydów zamordowanych dziewięć miesięcy wcześniej przez straż obywatelską m.in. w czasie pogromu. Ich zwłoki bowiem zostały zakopane na Cholerycznej Górze, gdzie od wieków grzebano zmarłych na wszelkie epidemie, a bliskim pomordowanych zależało, by ciała stamtąd przenieść w bardziej godne miejsce – na kirkut.
    Ekshumacja była strasznym doświadczeniem, płacz bliskich, smród ciał, które uległy już znacznemu rozkładowi, były nie do wytrzymania. Mimo to identyfikacja zabitych okazała się częściowo możliwa, choćby dzięki odzieży. Na przykład żonę Żyda B. rozpoznano po charakterystycznej koszuli nocnej, którą miała na sobie w chwili śmierci. Drut kolczasty, na którym ktoś ją powiesił, wciąż był okręcony wokół szyi, prawa noga była złamana. Josel K. leżał w ziemi z rękami związanymi na plecach, usta wypełnione miał szmatami i kablem telegraficznym, na kościach czaszki widoczne były wgniecenia od uderzeń pałką. Sukcesywnie odkopując ciała zabitych Żydów, natrafiono też na ciała części z tych, którzy zostali uwięzieni w piwnicy K.; wtedy jeszcze nie wiedziano, że największa liczba więźniów z piwnicy została zabita na cmentarzu żydowskim i tam pochowana. Na Cholerycznej Górze ekshumowano zwłoki z gwoździami powbijanymi w czaszki i w serca. Inne z głowami rozłupanymi siekierami lub odciętymi od tułowi. Jeden mężczyzna miał wycięty język, o czym świadczyła popękana szczęka, a wielu połamane ręce i nogi. Ośmiu mężczyzn miało ramiona związane za plecami drutem kolczastym, inni – głębokie rany cięte na głowach i szyi.
    • Autor: Mirosław Tryczyk, Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów, Wyd. RM, Warszawa 2015, s. 369.

Zobacz też: