Mirosław Gabryś

Mirosław Gabryś (ur. 1973) – polski poeta i prozaik.

Frazy osobisteEdytuj

  • Kalendarzowe lato w Islandii następuje bezpośrednio po zimie (w trzeci czwartek kwietnia), bo są tu tylko dwie pory roku. A może raczej aż dwie pory roku, skoro lipiec od stycznia dzieli zaledwie parę kresek na termometrze. Sezon grzewczy trwa cały rok. Niepotrzebnie. Przecież 10 stopni dla Islandczyka, który w sandałach wyskakuje na śnieg, to upał.
  • W Islandii jest tak dużo Polaków, że polski sklep wydaje się tu być oczywistością. Ta oczywistość na imię ma „Stokrotka” i funkcjonuje w dzielnicy Hafnafjordur (tam, gdzie najwięcej Polaków mieszka). Mały sklepik na uboczu, z zewnątrz prawie niezauważalny. Klientami są głównie Polacy. Mogą dostać tam to, co zwykli jeść od dziecka, a czego nie mogą dostać w islandzkich sklepach – artykuły, o których Islandczycy nie mają pojęcia, albo które w wydaniu islandzkim smakują dramatycznie. Kaszanka, pulpety, leczo, gołąbki, kwaszone ogórki i kapusta, marynowane grzyby, mrożone pierogi i pyzy. Jest trochę słodyczy, a wśród nich narodowy przysmak tubylców, czyli wafle Prince Polo. Są też czasopisma i słownik polsko-islandzki, gdyby jakiś Islandczyk koniecznie chciał poznać treść etykietki polskich buraków. Można zjeść na miejscu, bo na zapleczu jest kuchnia, a w sklepie dwa stoliki. Schabowy! Naleśniki! Pierogi! Bigos! I spróbuj się powstrzymać.
    • Źródło: „Fraza” 2007, nr 56

Islandzkie zabawkiEdytuj

  • Islandzka poczta potwierdziła i wzmocniła popularność hulajnog na wyspie. Panie z biura miały do dyspozycji trzykołowe hulajnogi, którymi przemieszczały się na przykład do jadalni po drugiej stronie hali. Po co chodzić, skoro kilkadziesiąt metrów można raz-dwa śmignąć na hulajnodze i przywieźć sobie do biura kawunię lub śniadanie (hulajnogi z przodu miały mały stoliczek). Najczęściej z tego pojazdu korzystała dyrektorka. Gdy chciała skontaktować się z kimś z hali, robiła to szybko i sprawnie, jakby z hulajnogą się urodziła. Myślę, że była najszybsza ze wszystkich pracowników poczty. Stała sztywno wyprostowana, wpatrzona w punkt docelowy i energicznymi ruchami lewej nogi odpychała się od podłogi. I tylko suknia z szerokimi falbanami powiewała między listami i paczkami. Dyrektorkę na hali można było rozpoznać po latającej sukni.
  • Latem – choćby nie wiem jak było zimno i deszczowo – przed kawiarniami, restauracjami i barami muszą być stoliki. Islandczycy chyba nie wierzą w to, że mają paskudną pogodę i wmawiają sobie upały. (Wystawy sklepowe są pełne kostiumów kąpielowych i letnich sukienek od stycznia do grudnia). Szanujące klientów knajpy dysponują kocami i parasolkami. Jeśli siadasz na zewnątrz, a jest około 5 stopni, kelner podaje ci koc. Okrywasz się nim i pizza smakuje lepiej. A jak zacznie padać deszcz, dostajesz parasolkę, żeby do piwa nie nalało. No i piździ jak cholera, deszcz fest zacina, a ty siedzisz jak sierota – na plecach filcowy koc, w lewej ręce parasolka, w prawej kufel piwa, a w gębie Marlboro.
  • Rekordowy tłum. Nawet podczas „Gay Pride” nie było takiego tłoku na głównej ulicy. Wtedy też cały dzień zamknięta dla ruchu samochodowego była Laugavegur. Też chodziło się slalomem. Gdyby wyciąć wszystkich, sprawić, żeby stali się niewidzialni wszyscy oprócz jednego, losowo wybranego człowieka, i patrzeć na jego ruchy – byłoby to jak spacer pijaka. Wszyscy byli kompletnie nawaleni, ja chyba nigdy wcześniej tak nawalony nie byłem, chociaż zupełnie trzeźwy byłem. Ale to, co działo się na Laugavegur podczas „Culture Night” było prawie zabójcze. Sprasowani ludzie, zero przestrzeni. Powietrze duszne i ciepłe od oddechów. Żeby tylko znaleźć kolejnych trzydzieści centymetrów na asfalcie, postawić tam nogę, przeczekać chwilę, wypuścić drugą nogę do przodu, choćby w bok, gdziekolwiek, i na następnych, cudem znalezionych trzydziestu centymetrach ją postawić. Ubrania zdarte od ocierania się o przechodniów. Chcę krzyczeć, chcę wyć, umieram, a oni się cieszą, a oni dobrze się bawią.
    • Źródło: Islandzkie zabawki, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2010

Zobacz teżEdytuj