Bogusław Kaczyński

polski dziennikarz i krytyk muzyczny
Bogusław Kaczyński

Bogusław Kaczyński (1942–2016) – polski dziennikarz, publicysta i krytyk muzyczny, popularyzator opery, operetki i muzyki poważnej, teoretyk muzyki, animator kultury, prezenter i autor programów telewizyjnych.

  • Ada Sari była niezwykła, zaczynając od stroju. Przed wyjazdem do filharmonii i Teatru Wielkiego, gdzie jej towarzyszyłem, krawcowa projektowała jej stroje, a szewc z tego samego materiału robił buciki, zwane prunelkami. Miała ich 40 czy 60 par. Proszę pana – do każdej sukni prunelki. Na głowę zarzucała czarną woalkę z czarnymi kropkami, nazywała je muchami. Do tego szal wenecki spięty na dwa lwy, które w oczach miały brylanty. Na szyi na złotym łańcuchu zawieszała aparat do patrzenia, bo nie używała okularów, była to soczewka oprawiona złotem z brylantem w uchwycie. Dobierała garnitur biżuterii, czyli jeden rodzaj kamienia: brylanty, szmaragdy albo perły. Ada Sari żyła jak w akwarium – sama nigdzie się nie poruszała. W Ministerstwie Kultury prowadzony był kalendarz jej wyjazdów i minister wysyłał samochód. Pamiętam, podczas przerwy w Teatrze Wielkim szliśmy przez hol, ja młodziutki, szczupły chłopiec, ona wielka gwiazda, trzymała mnie pod rękę, a po obydwu stronach wszyscy gięli się w ukłonach. Ada Sari kłaniała się uprzejmie, ja pytałem: „Kim jest ten pan?”, a ona uśmiechnięta odpowiadała: „Nie mam pojęcia”, i szliśmy dalej.(...) Ona nigdy nie była w sklepie. Uczennice żartowały: „Maestra, ile kosztuje jajko?”. A ona: „Pięć złotych”. A kosztowało 40 groszy. Jej się myliły waluty, bo ciągle była w innym kraju.
  • (...) kontakty osobiste to był margines mojego życia. Pamiętam, kupiłem sobie pięknego dalmatyńczyka, który z powodu moich wyjazdów tak cierpiał, że gdy przed kolejną podróżą pakowałem się, to gryzł walizkę i wył. Moja gosposia spała w pokoju gościnnym i ten porządny pies ze złości pod drzwiami robił jej kupy.
  • Mam bardzo głębokie przekonanie, że nie jesteśmy narodem głuchym, ale wrażliwie wyczulonym na piękno muzyki. Tak, jak gromadzimy książki, powinniśmy zbierać płyty z muzyką wartościową i piękną. Niemniej ktoś powinien być przewodnikiem po tym świecie, umieć wskazać, co warto mieć, żeby posłuchać.
  • Moim największym sukcesem w życiu jest to, że udało mi się zrealizować moje dziecięce marzenia. Chciałem być artystą, chciałem być sławny - a to wszystko dzięki muzyce.
    • Źródło: "Żegnamy Bogusława Kaczyńskiego", metrocafe.pl 22-24.01.2016
  • Moje dzieciństwo to była praca, praca, praca. Siedziałem na stołku i grałem bez ustanku. Pamiętam, w szóstej klasie podstawówki koledzy jechali na biwak i ja chciałem. Prosiłem ojca, a on: „Wykluczone. Nie umiesz sonaty Beethovena. Siedź i ćwicz”. I dodał swoje sławne powiedzenie: „Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”. Przez okno widziałem, jak chłopcy odjeżdżali rowerami. A ja grałem Beethovena i łzy mi kapały po policzkach. I niech pan sobie wyobrazi, że ojciec po 40 latach, tutaj, u mnie, przed samą śmiercią mi powiedział: „Jak sobie przypomnę, że nie pozwoliłem ci jechać na biwak, a ty płakałeś, to mi się serce kraje.” Oniemiałem. Bo gdzie mi już ten biwak...
  • Muszka w grochy. Mój sposób wysławiania się. Moja fascynacja osobistościami. Na tle przaśności PRL byłem nietypowy. Moi wrogowie nie mogli pojąć, że człowiek apolityczny i niemający wysoko postawionych rodziców robi karierę.
  • Na koncertach, które prowadzę, bardzo często jestem wzruszony zachowaniem widowni, która wstaje z miejsca na moje wejście. Ta życzliwość i sympatia dają mi ogromną siłę.
  • (...) tak mnie ukształtowali rodzice i babka. Że trzeba mieć maniery. Że człowiek cywilizowany nosi garnitur, koszulę, krawat. Że myje zęby, ma czyste paznokcie. W PRL-u wypisywali o mnie rzeczy nawet dzisiaj wstydliwe. Dla tych, którzy pisali, nie dla mnie.
  • Tak we mnie strzelali, bo chodziłem w uprasowanych spodniach, w śnieżnobiałej koszuli, dobrze ostrzyżony. Więc kocha siebie, bo się dobrze ostrzygł. A ja od dziecka chodziłem do fryzjera.
  • W naszej rodzinie choroby to był temat tabu. Obowiązywała zasada: ukrywać – nie martwić bliskich, dzieci. I siostra przede mną ukrywała swój nowotwór, a ja przed nią swój udar.
  • W telewizji kartka i prompter dla mnie nie istniały. Miałem sprawność mówienia i przez lata nie mogli mi tego darować. Albo inny zarzut, że jeśli zapraszam artystkę, to nie daję jej dojść do głosu, tylko sam mówię. Nieraz miałem takie wrażenie. Ale nie było powszechnie wiadomo, że często moim gościem była wybitna artystka, która prywatnie okazywała się kompletną niemową. Jeśli siedziała i milczała, to za nią mówiłem na temat. Na żywo haftowałem i przeżywałem chwile straszne. Dawno temu Beata Artemska, pocieszając mnie po prasowej napaści, powiedziała: „Miarą twoich sukcesów będzie liczba twoich wrogów. Jeśli teoria królowej naszej operetki jest prawdziwa, to mogę stwierdzić, że moja kariera jest ogromna” – mówił pan przed laty. Nie rozumiałem jej słów w chłopięcej naiwności. Po latach zrozumiałem, że są prawdziwe.
  • Z siostrą wychowywaliśmy się w ogromnej dyscyplinie i skromności. Nasza babka, wielka dama, protestowała, gdy opalaliśmy się w ogrodzie: „Opalenizna przystoi dziewczynie z czworaków”. Wychodziła do ogrodu z parasolką, w ażurowych rękawiczkach i zajęczą łapką pudrowała twarz pudrem ryżowym. Kawałki ryżu odpadały jej od nosa. Wyglądała jak zjawa. Boże, jak my wstydziliśmy się kolegów. Wychowano nas, żeby zakrywać ciało. Wyjście z łazienki w majtkach było niemożliwością. Wszystko było zamknięte w pancerzu. To powoduje w człowieku skurcz na całe życie. Do tej pory mam kompleksy, że nawet u lekarza krępuję się rozebrać. Mało miałem swobody. Od najmłodszych lat wszystko musieliśmy robić bez dyskusji.
  • Żadna akademia majowa czy październikowa nie odbyła się bez mojego udziału. Po powiecie wozili mnie jako sławnego pianistę. W klasie maturalnej przyjechałem do Warszawy do prof. Pawła Lewieckiego, który oznajmił, że niewiele umiem i muszę uczyć się grać od początku. Ta ekspertyza była ciosem dla mojego ojca.
  • (...) w klinice kiedyś przyszedł do mnie lekarz (...) i mówi do mnie: „Gratuluję! Serdecznie gratuluję panu, miał pan dzisiaj wielki, wielki sukces!”. Szukam w głowie, zastanawiam się, pytam: „Powtórzono jakiś program? Który? W którym programie?”. A on: „Nie, nie program. Widzę tutaj, że dzisiaj była kupa!”. Zamurowało mnie z wrażenia. Wydukałem: „Panie doktorze, miałem chyba w życiu większe sukcesy”. A on na to: „Jest pan w błędzie. Ta kupa, zrobiona wtedy, kiedy trzeba i samodzielnie, jest największym sukcesem, jaki może się zdarzyć człowiekowi”.(...) pomyślałem: „Mój Boże! Żyłem w jakiejś ułudzie! Ta kupa jest więcej warta niż Nowy Jork i Paryż, i Rzym, i chiński mur”. Od tego momentu zacząłem trochę inaczej spoglądać na zaszczyty tego świata… To mnie już bawi.